Do cholery, ten chłopiec nazywa się Ian Curtis, śpiewa piosenki Iana Curtisa, żyje i umiera jak Ian Curtis!
więcej >>
Maciek Tomaszewski bardzo pięknie napisał na łamach naszego pisma o filmie Control. Naprawdę poruszył mnie jego artykuł. Tak jak poruszył mnie sam film. A jednak wyszedłem z kina z poczuciem niedosytu. A może nawet zawodu. Zgoda, film świetnie oddaje klimat, z jakiego wyrosła muzyka Joy Division i poezja Iana Curtisa. Zgoda, jest absolutnie wiarygodny – wszyscy aktorzy świetni, choć to przecież żadne wielkości, przynajmniej na razie. A zagrane przez nich utwory zespołu brzmią niemal jak oryginały. Zgoda wreszcie, całość została sfotografowana z ogromnym smakiem, ale tego można było przecież oczekiwać – Anton Corbijn znany jest głównie ze swoich wspaniałych artystycznych zdjęć. W czym więc problem? Ano w tym, że w Control zabrakło mi Iana Curtisa. Czegoś, czego bym o nim wcześniej nie wiedział. Czegoś ponad oczywiste oczywistości, że był rozdarty między dwiema kobietami, cierpiał na epilepsję i śpiewał w zespole. Czegoś, co pozwoliłoby zajrzeć głębiej w tę udręczoną duszę i zrozumieć trochę lepiej, skąd u chłopca właściwie aż tak dojmujące poczucie bólu istnienia. Ale czy Corbijn był w stanie zrobić taki film? Na pewno nie na podstawie historii spisanej przez Deborah Curtis (i pod jej okiem jako współproducentki). Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że właśnie ona, choć była tak blisko, Iana nie rozumiała. W każdym razie nie rozumiała Iana poety, Iana muzyka, Iana udręczonego artysty. Dlatego zresztą zaczęli się od siebie oddalać, dlatego pojawiła się inna kobieta. I film o tym mówi. Ale przywołuje jedynie fakty. Nie sięga w głąb duszy Iana. I nie daje nawet wątłej odpowiedzi na pytanie, dlaczego po blisko trzydziestu latach tyle osób na świecie ciągle sięga po płyty Joy Division.
Corbijn w jednym z wywiadów powiedział: Nie chciałem, żeby to była historia Iana Curtisa, a po prostu historia chłopca. Ale, do cholery, ten chłopiec nazywa się w filmie Ian Curtis, śpiewa piosenki Iana Curtisa, żyje i umiera jak Ian Curtis! I właśnie Corbijn, który na kazdym kroku powtarza, że był przyjacielem Iana Curtisa, był mu moim zdaniem winien coś więcej niż ten film. Piękny, ale moim skromnym zdaniem nieudany. Choć tak bardzo się wszystkim podoba.

Przeglądając stare szkolne zdjęcia z myślą o wrzuceniu na klasową stronę...
więcej >>
Chociaż media robią wszystko, żeby zdyskredytować portal nasza-klasa.pl, moim zdaniem pomysł jest świetny i zabawa przednia. Przeglądając stare szkolne zdjęcia z myślą o wrzuceniu na klasową stronę, przypomniałem sobie wiele zdarzeń z tamtych lat. Na przykład takie. W szkole mojej – mówimy o liceum – panował zakaz noszenia długich włosów. Co oczywiście wszystkich fanów rocka, a więc większość populacji, bardzo wkurzało. Z kolegami postanowiliśmy więc zaprotestować w sposób dramatyczny: obciąć się na łyso. Dziś łysiny u ludzi młodych nikogo już nie dziwią, ale wtedy, zapewniam, było to coś szokującego. Niestety, w drodze do fryzjera my partners in crime, Marek P. i Marek R., wymiękli. I tylko ja swój bujny (wtedy) włos rzeczywiście poświęciłem. Satysfakcja była jednak wielka. Kiedy pojawiłem się w szkole, świecąc łysiną, dyrektor, oburzony, natychmiast cofnął zakaz noszenia długich włosów. Zapewne chodziło o to, by mi dokuczyć. Ale to przecież ja wygrałem. Jednoosobowo. Mała sprawa, ale cieszy do dziś.

Miało nie być o polityce, ale chyba się dziś, w atmosferze gorączki przedwyborczej, nie da.
więcej >>
Miało nie być o polityce, ale chyba się dziś, w atmosferze gorączki przedwyborczej, nie da. Zwłaszcza, że Wydawca pisma sam został politykiem, co siłą rzeczy znalazło wyraz na łamach i w jeszcze większym wymiarze na naszej stronie w sieci. Wypada więc uspokoić czytelników, że Teraz Rock pozostaje jednak pismem apolitycznym, otwartym na różne poglądy i postawy, co znajduje przecież wyraz w publikowanych przez nas wywiadach. A kampania Wydawcy to jednak tylko Jego sprawa. Bo choć ja sam życzę mu szczerze, by się do Sejmu dostał, wiem bowiem, że ma szczerą chęć działania dla naszego wspólnego dobra, ma energię, ma inicjatywę, nie ma zaś w sobie, co też ważne, fanatyzmu, nie ma w sobie zacietrzewienia, będę chyba głosował na partię inną niż ta, którą On reprezentuje. Którą i dlaczego właśnie tą? A to z kolei moja prywatna sprawa. Nie powiem właśnie dlatego, by nie uprawiać w tym miejscu politycznej agitacji. Nie jestem też specjalnie ciekaw, jak zagłosują ci spośród naszych Czytelników, którzy mają już prawo głosu. Bo cudowną właściwością rocka jest to, że jednoczy ludzi różnych poglądów, różnych postaw i różnych zainteresowań, a nie dzieli. Mylę się? Mam nadzieję, że nie.

Rozbawiły mnie niepomiernie maile, w których czytelnicy z całą powagą...
więcej >>
Rozbawiły mnie niepomiernie maile, w których czytelnicy z całą powagą zwracają redakcji uwagę, jakoby w numerze najnowszym Teraz Rocka pojawił się poważny błąd ortograficzny i to nie byle gdzie, a na okładce!!! Chodzi oczywiście o zapowiedź materiału wkładkowego o Kulcie, zatytułowanego Krutkie kazanie na temat jazdy na maxa. Cóż, jako autor wspomnianego tekstu (i błędu na maxa) mogę tylko odbić piłeczkę i zadać pytanie: ach skąd, ach skąd ten tytuł? Naprawdę nie wiecie? Czyżby znajomość dorobku jednej z najświetniejszych grup na naszej scenie rockowej – o Kulcie rzecz jasna mowa – była tak marna? I uspokoić: wszystko jak w dobrym kryminale w końcu się wyjaśni. A ciąg dalszy krutkiego kazania – w Teraz Rocku za miesiąc.
Po Universalu i ITI z polskiego rynku wycofał się kolejny dystrybutor płyt DVD, Warner Bros.
więcej >>
Po Universalu i ITI z polskiego rynku wycofał się kolejny dystrybutor płyt DVD, Warner Bros. Oznacza to niemal całkowite załamanie się rynku DVD u nas. Być może ktoś za jakiś czas przejmie katalogi owych firm i takie tytuły, jak Infiltracja, Listy z Iwo Jimy, Sztandar chwały, Ocean’s 13 czy Spider Man 3 prędzej czy później trafią na nasz rynek na płytach. Ale raczej na pewno nie pojawią się już na nim te wszystkie klasyczne pozycje, na które wielbiciele kina ze mną włącznie czekali, jak Dotknięcie zła Orsona Wellesa, Rzym i Amarcord Felliniego, Lampart i Zmierzch bogów Viscontiego, 400 batów Truffauta, Przygoda, Noc, Zaćmienie i Zabriskie Point Antonioniego, Dyskretny urok burżuazji i Widmo wolności Bunuela, M.A.S.H., Nashville i Gracz Altmana i tak dalej, i tak dalej, nie mówiąc o filmach bardziej rozrywkowych, jak Piorun i Lekka Stopa czy Joe Kidd z udziałem Clinta Eastwooda, Performance z udziałem Micka Jaggera, Charley Varrick w reżyserii Dona Siegela albo kultowy Znikający punkt. Wiem, że sprawa jest błaha, mamy w kraju przecież większe problemy, jak kompletne i chyba bezpowrotne załamanie się służby zdrowia. A jednak żal. Nasi Wielmoże mogą sobie pohukiwać w Brukseli, że Polska to czy Polska tamto, a jednak coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że znowu, jak w czasach PRL-u, stajemy się prowincją, trzecim światem. Przesadzam? Oby.