
2008/11/01
Anathema, Demians
2008/10/20
Warszawa
Proxima
Dla takich wieczorów zarezerwowane jest określenie: magiczny. Reporterski frazes? Co jednak począć, skoro do koncertu Anathemy pasuje jak żaden inny?
Jechali z Kopenhagi i spóźnili się dwie godziny. Supportujący ich francuski Demians grał więc ledwie dwadzieścia minut, w warunkach dopiero zapełniającej się sali i z fatalnym nagłośnieniem – dlatego nie podejmę się oceny ich przekazu. Bohaterowie wieczoru wystartowali zaś dopiero o 23, od puszczonego z taśmy Parisienne Moonlight, a potem zagranego już na żywo, ultramocnego Restless Oblivion. Zagrali w pełnym, elektrycznym składzie, jakby półakustycznej, nagranej z udziałem wiolonczelisty (i niezbyt niestety udanej) płyty Hindsight wcale nie chcieli promować. Początkowo także mieli problemy z nie najlepszym dźwiękiem, ale nie odpuścili sobie ani na chwilę, w pełnym skupieniu budując pełen napięcia show. I gdzieś tak w okolicy ósmego utworu cała sala była już jak w transie, nie mogąc oderwać wzroku od braci Cavanaghów. Vincent popisywał się słowem. Zaczął od dziękuję. Później zajebiści – po odegraniu Empty. Wreszcie zaś kurwa mać – z przepięknym akcentem. Nieładnie tak mówić – skarcił go Danny. Ależ ja nie wiem, co to znaczy – Vincent odparł ze śmiechem. Danny z kolei czarował pełnymi pasji, rozimprowizowanymi solówkami – na przykład we Flying czy Angelice. Ale nie tylko. Zagrany i zaśpiewany przez niego samego Are You There? musiał rozedrzeć serce niejednemu metalowemu twardzielowi. Podobnie One Last Goodbye, w którym zagrał na klawiszach w duecie z grającym na gitarze akustycznej Vincentem. Kontakt, jaki udało im się nawiązać z publicznością, był tak bliski, tak gorący, że niemal namacalny. Wspólne śpiewanie refrenu Hope, Flying, call and response w One Last Goodbye... Wspominałem coś o magii? Nie spodziewali się chyba także Cavanaghowie tak owacyjnego przyjęcia instrumentalnej kompozycji z nowej płyty Horizons, która, jak powiedział Vincent: nadchodzi, już prawie jest. Narastająca, niezwykle piękna była to melodia. Nowa, a jednak dziwnie znajoma. Wszystkich porwał też zapowiedziany jako „old stuff” A Dying Wish, z cytatem z Another Brick In The Wall, czy wywołany przez widzów, miażdżący Sleepless.
Takich cudownych momentów było tej nocy wiele. Choć w zasadzie cały występ był jednym, dwugodzinnym momentem. Tym bardziej dlatego, że nie został przerwany tradycyjnym zejściem ze sceny przed bisami. Gdy zabrzmiały ostatnie dźwięki Fragile Dreas, wszyscy wiedzieli, że to już koniec. Ale nie wierzę, aby ktokolwiek mógł czuć niedosyt.
JORDAN BABULA
powrót do listy 









